Tag Archives: urodziny

Torcik Urodzinowy

Torcik Urodzinowy na Trzydziestolecie Zeszytów Literackich

Torcik4

Urodziny w grudniu mają osoby samodzielne czasem poważne, zazwyczaj z poczuciem humoru. Do nich świetnie pasują pomarańcze, bo nawet jeżeli grudzień to pora na cynamonową herbatę, i na bałwany, i na koc to tymczasem we Włoszech jest pora – właśnie – na pomarańcze. Wtedy ogrody, np. mojej mamy, są kolorowe, a kulki pomarańczowe świecą na drzewach jak bombki na choince.

Nawet te drzewa są tak niskie, że łatwo zbiera się ich owoce. Do tego ich liście są nadal zielone, wciąż przypominając słoneczne lato, porę kiedy wszystko było kolorowe.

Właśnie wtedy pomarańcze są najsmaczniejsze. Najlepiej się nadają do czekolady i również świetnie pasują do siebie kolorami. W rezultacie nasz Grudniowy Torcik Urodzinowy będzie Pomarańczowo-Czekoladowy.

Będzie krem, bo krem do tortu jest jak kocyk na kanapie. Będą trzy warstwy, bo na trzydziestolecie. I będzie alkohol, bo dzieci już poszły spać i rodzice mogą imprezować, i bawić się, i tańczyć, i uśmiechać i tak dalej. Będą orzechy włoskie bo nadal zastanawiam się dlaczego są włoskie. I będą bezy, bo bezy są lekkie i chrupiące i takiej przyszłości życzymy Zeszytom. Wszystko połączy się w smakach i kolorach, bo kolory są ważne tak jak smaki, a na początku je się oczami, dopiero potem smak chowa się w buzi i trafia do zmysłów. I będzie katulka, oj, jaka katulka.

Najważniejsze już za nami czyli okazja na tort i urodziny pomysłu. Teraz Pani Justyna dzwoni z pomysłem do mamy. Jak zazwyczaj okazuje się, że mama już nijaki placek z pomarańczami robiła. A sprawdzona receptura to skarb. Otrzymane wskazówki trzeba dokładnie przeanalizować i ewentualnie dopasować do własnego pomysłu.

W końcu przepis wygląda tak:

  • 8 jajek

  • 1 1/2 dużego pomarańcza, lub dwa małe

  • 1 szklanka cukru

  • 3 łyżki czubate mąki

  • 7 łyżek bułki tartej

  • 2 łyżki kakaooa – no bo jak się odmieni kakao?

  • 200 g. czekolady

  • 1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia

  • 1 szklanka (może być niecała) mielonych orzechów włoskich (albo zmiażdżonych przez butelkę, albo przez deskę do krojenia drewniana, jak pani Justyna robi jak schowa orzechy do ścierki i zaczyna mocno i starannie je bić, uśmiechając się przy tym)

Krem

– 1 ½ szklanki śmietany

  • starta skórka z jednego pomarańcza

    – 1 szklanka cukru

    – 1 szklanka kakaokaoka, no tak samo.

  • 280g. Mascarpone ( można dodać więcej)

Bezy

  • 4 białka

  • 1 ½ szklanki cukru

Rozmowa z torcikiem i o torciku zaczyna się dzień wcześniej, bo torcik to ważna sprawa i trzeba zadbać o każdy szczegół. Najpierw włoskie pomarańcze musiały dotrzeć z włoskich słonecznych ogrodów na ekologiczny targ w Berlinie. Wyszukane i wybrane – te najpiękniejsze pani Justyna dobrze i starannie umyła z kurzu podróży i umieściła delikatnie w garnku z wodą. Tam już samodzielnie się gotowały przez 10 min. Po tym zabiegu pomarańcze znowu sobie przypomniały gorący klimat. Niestety pani Justyna szybko ostudziła ich wspomnienia zalewając je zimną wodą. W tym stanie czekają do następnego dnia.

Kolejną ważną sprawą jest krem, o którym też trzeba w miarę możliwości pomyśleć wcześniej. Już go kiedyś robiłyśmy, więc wiemy o ważnej sprawie, a mianowicie np., że placki nie mogą być nawet letnie lecz zupełnie zimne. Wtedy takie nie były i tort spotkał los góry lodowej pod słońcem. Ale nie wszystkim świadkom tego wydarzenia było smutno i przykro jak nam. Choć trochę zdziwione to dzieci miały radochę ze sprzątania wszystkich kawałków naszego niedoszłego dzieła. Dlatego krem trzeba robić wcześniej, bo jego pierwsza część musi długo poleżeć w lodówce. W tym celu Pani Justyna najpierw znowu pracuje z wysoka temperaturą i podgrzewa jedną szklankę śmietany, ale nie za dużo, mimo wszystko umiarkowanie tylko żeby mogły się w niej rozpuścić cukier, skórka pomarańczy i kakao. W końcu konsystencja wygląda jak piękny czarny płyn, czyli prawdziwa czekolada do picia.

Teraz ważny dzień. Wszystko wypoczęte i odpowiednio schłodzone ale jeszcze nie do końca przygotowane. Pani Justyna zaczyna od zmiksowania pomarańczy i zabiera się do ciasta. Żółtka oddziela od białek. Najpierw białka ubije (ze szczyptą soli) na sztywną pianę. Kolejno do białej chmurki wsypuje stopniowo cukier, cały czas ubijając. Kiedy cukier jest już w środku a piana słodka jak wata cukrowa, dodaje stopniowo żółtka. Całość jeszcze przez chwile ubija. Do gotowej już teraz blado żółtej pianki wsypuje: orzechy, mąkę, kakaoaoa, czekoladę, którą wcześniej drobno pokroiła. Na koniec proszek do pieczenia. Całość troszeczkę wymiesza, pani Justyna bardzo delikatnie wymiesza i okropnie patrzy na mnie jak nie wymieszam „delikatnie”, i dodaje zmiksowane pomarańcze. Wszystko jest gotowe aby przełożyć do formy. Przeprowadzona wcześnie analiza pozwoliła dobrać formy, czyli są trzy 20cm. Trzy równo wypełnione ciastem formy, Pani Justyna wkłada do piekarnika o temperaturze 180 stopnia i piecze przez około 40 min, ale nigdy nie patrzy na zegar, po prostu z cudu.

Pora na bezy. Pani Justyna preferuje bezy, zwłaszcza jeśli chodzi o dekorację. Tak się zawsze składa, że proporcje cukru tutaj są najważniejsze, a to niestety (dla mnie) dzieje się (dla niej) spontanicznie i w zależności o wyglądu masy. Musi być puszysta i błyszcząca, mówi Bezowy Mistrz, ale na bezy każdy ma swoje proporcje. Najpierw, więc ubija białka i kiedy są puszyste dodaje stopniowo cukier cały czas ubijając. Kiedy cukier rozpuści się w białkach zazwyczaj wołam panią Justynę i pytam, bo bezy to tajemnicy cud. Przepraszam. Z śnieżno białej piany formuje małe beziki, umieszczając je na pergaminie, by później suszyć w piekarniku o temperaturze 100 stopni. Gotowe kiedy przybiorą bezowego koloru, czyli będą ciepłe i chrupiące.

Pani Justyna robi krem, re-we-la-cyjjjny krem. Mascarpone łączy z resztą śmietany, czyli z tą częścią z która nie została podgrzana. Następnie wlewa piękny, już bardzo zimny czarny płyn. Trzeba go dobrze ubić, ale nie za dużo, do konsystencji sztywnej masy.

Nareszcie Pani Justyna przygotuje najładniejszy talerz z Bolesławca, z motylkami Pani Iwickiej albo z łąką Pani Makieli, kolejno kładzie na nim pierwsze ciasto, kąpię je „delikatnie” w alkoholu, najlepiej w Cointreau, później wykłada krem i znowu to samo, ciasto i krem, ciasto i krem i… na około, boki, góra i tak dalej. Ładnie, równo, płasko i pięknie.

W końcu można zawołać dzieci na wylizanie garnka, a długo nie trzeba czekać.

Dla Zeszytów Mazel Tov!!!! Tanti Auguri Meringhevoli!!! Wszystkiego chrupiącego najlepszego!!!

Dla czytelników polecamy książkę „Sky High”, Alisa Huntsman and Peter Wynne. Dlaczego? Bo świetna i zabawna książka.

 

Tagged , ,